Na tym miejscu przytoczyć mi wypada ciekawe, z śmiercią ojca związane szczegóły. Oto gdy już dla wszystkich widocznym było, że godziny ojca nieodwołalnie policzone, chciałem zaraz telegrafować po brata Franciszka, w Wiedniu natenczas przebywającego, lecz chory sprzeciwił się, byle Franciszka na koszta podróży nie narażać. Mimo to wbrew woli ojca natychmiast po jego zmarciu zatelegrafowałem. Brat przyjechał, a po pogrzebie opowiadał nam, że właśnie w tę samą noc i w tę samą godzinę, kiedy ojciec umierał, żona jego zbudzona została niezrozumiałym w mieszkaniu łoskotem, gdy wszyscy w całym domu spali. Rano wyraziła wobec Franciszka obawę, że w rodzinie jego stać się musiało nieszczęście. I nie zawiodło ją. Dodać jeszcze wypada, iż w momencie śmierci ojca stanął wiszący na ścianie, niezatrzymywany przez nikogo kieszonkowy zegarek, jakkolwiek dobry był i nakręcony. Takiże sam wypadek z zegarkiem zaszedł u nas w kwietniu 1901 r. w chwilę skonania naszej, niespełna dwie wiosenki liczącej córeczki. Dawniej w wielu miejscach zauważyłem zwyczaj umyślnego zatrzymywania zegarów w chwilach czyjejś śmierci w domu. Musi to mieć niezawodnie pewien związek z przytoczonymi, niepojętymi wypadkami zatrzymania się zegarków.

W kilka dni po ojca pogrzebie wyjechałem do Kołomyi147. Przez parę pierwszych dni byłem gościem kochanego Szymona, nadzwyczaj serdecznie podejmowany. Wkrótce dano mi tymczasowe zajęcie w redakcji „Gońca Pokuckiego”, tygodniowego lokalnego pisma. Lokal tegoż tygodnika mieścił się przy ul. Kraszewskiego, w domu Stanisława Gruszeckiego, cieszącego się ogromną popularnością, tak w mieście, jak i w okolicy, obywatela. Pokój był obszerny, jasny i w nim też umieszczono dla mnie łóżko, osłonione parawanem. Tu donoszono mi regularnie obfity a wykwintny wikt ze stołu szanownego właściciela domu. Państwo Gruszeccy zabiegali w ogóle, by na niczym mi nie zbywało; nie zapominano także zaopatrzyć mnie w wyborne papierosy, jedyny zbytek, bez którego obejść się nie umiem.

Do Kołomyi przyjechałem osobiście nikomu nieznany, a przecież przyjęty i ugoszczony byłem jak stary, dobry znajomy.

W parę tygodni później dzięki moralnemu poparciu miejscowej inteligencji z TSL, w szczególności wspomnianego Stanisława Gruszeckiego i dr. Tadeusza Milewskiego, starszego lekarza powiatowego i zasłużonego prezesa kołomyjskiego Koła TSL, dostałem posadę dietariusza w kołomyjskim starostwie, którego kierownikiem był wówczas Ferdynand Pawlikowski, człowiek na równi z innymi bardzo mi życzliwy. Stancję z wiktem wynająłem u państwa Piskozubów przy ulicy Smolki.

Na posadzie tej dobrze mi było; manipulacja kancelaryjna, jakkolwiek wówczas całkiem dla mnie nowa, szła mi łatwo, a przełożeni byli ze mnie zadowoleni.

Przywykły do ciągłej pracy, doznawałem nudów, skoro na dłuższą chwilę roboty mi brakło. Toteż najbliżsi koledzy biurowi wyzyskiwali tę moją ochotę, podsuwając mi do przepisywania zaległe „kawałki” ze swych biurek. Ale zauważył to sekretarz Klecan i zburczał mnie słowami: „Nie pracuj pan za drugich! Pan jesteś ojcem; praca pańska nawet w połowie będzie jeszcze najwydatniejszą”.

Grono kolegów z różnych biur spędzało wieczory z reguły w „handelkach”, dokąd ja uczęszczać ani nie mogłem, ani nie chciałem, toteż nieraz porządnie mi się przykrzyło. Chcąc się rozerwać, brałem udział czy to w obchodach rocznic narodowych, czy też w zbiorowych wycieczkach do okolicznych wiosek na uroczyste otwarcie czytelń, urządzonych przez zawsze czynne kołomyjskie Koło TSL, albo też z przyjacielem Chełpińskim chodziłem za miasto w zielone pola i nad urocze brzegi Prutu. Rodzajna to, bogata i piękna ta kołomyjska ziemia — Pokucie148 — pełna historycznych wspomnień z różnych epok, jak Obertyn149, pamiętny zwycięstwem hetmana Jana z Tarnowa nad Wołoszą 1531 r. z epoki jagiellońskiej.

W Kołomyi zaobserwowałem większy rozmach w pracy społecznej tamtejszej naszej inteligencji, a wynikiem pracy tej jest znaczne uświadomienie ludu polskiego na wsi i śmiało rzec mogę, że chłop polski na kresach wschodniej Małopolski dużo więcej posiada świadomości narodowej niż chłop w zachodniej Małopolsce. Ruska ludność swym rodzimym, częstokroć malowniczym strojem dodatnie robi wrażenie; nie znać na niej wpływu tego pruskiego kultu, który wśród ludności czysto polskich, przeludnionych okolic tak straszliwe poczynił spustoszenie.

Wydatki na osobiste utrzymanie w Kołomyi miałem tak wielkie, że chcąc pozostałej w domu rodzinie coś ze swego zarobku posłać, musiałem sobie odmawiać najtańszych nawet przyjemności. Poza tym ustawicznie trapił mnie niepokój o upadającą na siłach, owdowiałą matkę, której beze mnie ciężko żyć było. Sprowadzać zaś rodzinę do Kołomyi nie uważałem za stosowne tak ze względu na niedomagającą matkę, jak i ze względu na żonę, która będąc wychowywana w zapadłej wsi, nie umiałaby się zżyć z większym miastem. Postanowiłem ostatecznie wracać do domu. Zgłosiłem więc na ręce starosty rezygnację z posady i mimo przedstawień i tłumaczeń tak z jego strony, jako też ze strony dr. Milewskiego, by nie odchodzić, podziękowałem szlachetnym ludziom za podaną mi w potrzebie dłoń pomocną i w lutym 1908 r., żegnany łzami dobrej mojej gospodyni, Marii Piskozubowej, wyjechałem do domu.

W kwietniu wspomnianego wyżej roku przyjechał do Wielowsi poseł Wojciech Wiącek150 w towarzystwie kilku wybitniejszych działaczy z Dzikowa i Machowa i zwołał zgromadzenie do kancelarii gminnej. Sądziłem, ze jest to zwykłe poselskie sprawozdanie. Jakież jednak było moje zdumienie, skoro po odjeździe gości dowiedziałem się, iże zawiązali oni tymczasowy komitet celem wdrożenia akcji nad sprawą polepszenia doli Kurasia... Jakoż wkrótce ukonstytuował się ściślejszy komitet, wydał odezwę i przystąpił do zbierania składek.