W tym czasie przystąpić miałem do stawiania nowej chałupy, na którą, powróciwszy z Kołomyi, zakupiłem i zwiozłem już drzewo. Ożywiony jednak nadzieją korzystniejszej zmiany położenia, zarzuciłem ten zamiar; nie mogąc zaś w dotychczasowej ciasnej, drobnymi dziećmi zapełnionej chałupinie warstatu szewskiego na nowo rozkładać, przyjąłem zaofiarowaną mi przez tarnobrzeski Wydział Rady Powiatowej posadę pomocnika kancelaryjnego w przeświadczeniu, że w więzach tejże służby przetrzymam najkrytyczniejszy czas, po czym już samodzielnie pracował będę na własnym zagonie.
W lecie 1909 r. przypadała 25 rocznica śmierci Wł. L. Anczyca151, którą to rocznicę zawiązany w tym celu komitet uczcić postanowił uroczystym obchodem w Krakowie i we Lwowie. Na obchód do Lwowa zaproszono i mnie.
Przyjechawszy do Lwowa, zapytałem dr. Gargasa, prezesa Zarządu Głównego Teatrów i Chórów Włościańskich i jednego z organizatorów anczycowskiego obchodu, jaką właściwie rolę na tymże obchodzie mnie przeznaczyli, na co dr Gargas krótko odpowiedział: „Ze sceny teatru pokłoni się pan publiczności”. — „Bójcie się Boga!” — krzyknąłem niemal ze strachem. — Ja tego nie lubię... nie chcę... widowiska z siebie robił nie będę...” — ale dr. Gargas gadać sobie nie dał.
Uroczystość obchodu rozpoczęła się wysłuchaniem mszy św. w katedrze, po czym uczestnicy przy dźwiękach muzyki włościańskiej z Komarna i Chłopów udali się przed teatr. W pochodzie za muzyką postępowali górale z Zakopanego, członkowie chóru z Prus, członkowie Teatru Włościańskiego ze Świrza, Szkoła Gospodarstwa Domowego dla dziewcząt z Piętrzyc, włościanie ze Zboisk, Malechowa, Sokolnik, Podhorzec, Chlebowic Świrskich, Tucznego itd. Po wysłuchaniu okolicznościowych przemówień udali się uczestnicy do szkoły Mickiewicza, gdzie komitet obchodu przyjął ich śniadaniem.
W południe udaliśmy się do teatru. Towarzyszący mi p. Marceli Gajewski zajął obok mnie fotel. Zagrała najpierw orkiestra z Komarna i Chłopów, po czym jeden z włościan ze Świrza oddeklamował mój wiersz, w hołdzie Anczycowi napisany. Gdy tylko umilkły oklaski, powstał p. Gajewski i mnie pociągał, bym także wstał. Ale ja, bojąc się, by mnie stosownie do zapowiedzi dr. Gargasa na scenę nie zaprowadził, oparłem się. Nagle stało się coś, na co drgnąłem, a oczy mgłą mi zaszły. Oto publiczność, zwrócona w stronę, gdzie przy mnie stał p. Gajewski, zawzięcie klaskać zaczęła. Musiałem wstać i ukłonem za urządzoną a niezasłużoną owację podziękować. Siadłszy z powrotem, oczu podnieść nie śmiałem, modląc się w skrytości ducha, żeby się ziemia pode mną rozstąpiła...
Następnie po odśpiewaniu pieśni (między którymi były ponoś i moje) przez chór z Prus, złożony z 20 dziewcząt i 19 włościan, drużyna włościańska ze Świrza odegrała Łobzowian. Po odegraniu sztuki wstał p. Gajewski, pociągając mnie z sobą. Idziemy, kołując zakamarkami, aż wreszcie znalazłem się — koło kulis... Z tej pozycji mogłem obserwować publiczność, sam nie będąc widzianym. Na scenie tymczasem rozpoczęły się tańce górali z dziewczętami. Hej! Co to były za tańce! Patrząc na tańczące pary, od razu pozbyłem się nieśmiałości, a krew tak mi grać w żyłach poczęła, że miałem ogromną ochotę porwać w objęcia pierwszą ze stojących obok mnie dziewcząt i rzucić się z nią w to wirujące koło tańczących i szaleć, a szaleć choćby na śmierć. Ale od zamiaru tego wstrzymała mnie świadomość, że niewiele co lepiej tańczę od tancerzy ze smorgońskiej akademii152.
Potem górale, sami już, bez dziewcząt, odtańczyli „ognistego zbójnickiego”. Kto na własne oczy nie widział takiego góralskiego tańca, daremnie byłoby mu opisywać. Górale, zręcznie wywijając i podrzucając ciupagami, tańczyli ogniście, a lekkie zwinne ruchy i w kształt skrzydeł rozwiane gunie153 czyniły ich podobnymi do bujających w obłokach orłów. A widownia grzmiała i grzmiała oklaskami.
Oklaskiwano też gorąco Jędrka Suleję154, podhalańskiego poetę, kiedy deklamował pieśń swoją o rodzinnych górach:
„O wy, nasze góry,
Wy, wysokie skały!