Z wybujałej trawy sterczały martwe pnie z odpadającą korą; zwaliska suchych gałęzi, zasnutych siecią pajęczyn, doły i wykroty, pozostałe po wykarczowanych korzeniach, jakieś chwasty i badyle, wyrastające zawsze w miejscach dłuższego pobytu człowieka, pogłębiły smutek i trwogę słonia.

Krążył długo po tym cmentarzysku, coraz niżej opuszczając głowę i dysząc ciężko.

Obszedł cały las wytrzebiony, zajrzał wszędzie.

Stał długo nad urwistym spychem, jak gdyby przypominając sobie pierwszy dzień wspólnej pracy z małym, kochanym kornakiem.

Odnalazł miejsce, gdzie stał jego szałas.

Węszył tu długo, nogą rozgrzebywał suche liście i stos zbutwiałych już sęków.

Niczego nie pochwycił jednak ostry węch słonia.

Ulewy, wiatry i skwarne słońce zmyły, wyżarły, wypaliły wszelkie ślady.

Birara wzdychał raz po raz i w bezradnej trosce oglądał się wokół.

Zaczynał trąbić, nawołując przyjaciela, lecz urywał wkrótce.