Obiegł całą zagrodę, zajrzał na pastwisko nadbrzeżne i dopiero wtedy zrozumiał, że próżno szukał tu Amry.
Rozkraczywszy grube nogi i zadarłszy głowę, trąbił długo, a coraz przeraźliwiej.
Rozpacz, łzy, ból i skarga brzmiały w ryku rozdzierającym pierś olbrzyma.
Zdawało się, że nigdy nie ustanie to okropne, przeraźliwe trąbienie.
Birara urwał je nagle i trzęsąc głową, wybiegł z zagrody.
Nie miał już nadziei, lecz czepiał się jeszcze wszystkiego, coby mogło ją podtrzymać jak najdłużej.
Czuł, że bez nadziei żyć już nie potrafi.
Szedł więc przez las, rozglądając się i węsząc.
Odwiedził miejsce porzuconych już poręb.
Zbocza gór miały smutny, żałosny wygląd pobojowiska.