Wiedział, że to tęsknota i nieukojony żal toczą go jak złośliwe robaki.
Całym wysiłkiem woli wtłaczał je coraz głębiej do wnętrza, starając się nie myśleć o tym, co go gnębiło od dawna.
Rozglądał się dokoła ze zdumieniem. Zdawało mu się, że po raz pierwszy widzi dżunglę, roziskrzone niebo i złote plamy słońca na trawie i pniach drzew.
Nastąpiło w nim jakieś tajemnicze odrodzenie.
Poczucie wolności przepajało go i napełniało zachwytem.
Wiedział już, że nie ma teraz nikogo na świecie, o kim potrzebowałby myśleć i troszczyć się nieustannie.
Amra — mały kornak porzucił go, jak niepotrzebny, zdarty łachman!
Ten inny chłopak — roześmiany i łagodny, towarzysz jego przyjaciela, przesunął się przez życie Birary jak nieznane, cudowne zjawisko i zniknął.
Może istniał naprawdę, a może go tylko wyśnił Birara?
Amra jednak był, był! Czuje na sobie dotychczas pieszczotę jego ciepłych dłoni, słyszy jego cichy głos: