— Co ci jest, staruszku?
Słoń chrapał coraz głośniej i borykał się sam ze sobą, aby już więcej o niczym nie wspominać.
Udało mu się. Poweselał trochę i ochłonął ze wzruszenia.
Wszedł do potoku, zlał sobie wodą grzbiet i napił się.
Bez namysłu na pozór jął się przedzierać przez dżunglę.
Nie chciał uświadamiać sobie, że w mózgu tkwi mu uporczywa myśl.
„Iść na moczary, gdzie schwytano dzikie słonie... Może... Amra...”
Wzdrygnął się, potrząsnął głową i parł przez chaszcze.
Odnalazł znane mu miejsce.
Obszedł całą okolicę. Tu spędził pamiętną noc przed łowami — spod suchych liści połyskują jeszcze zardzewiałe blaszanki; dalej ciągną się płoty kheddy i szumią koronami drzewa, do których ludzie uwiązali jeńców...