Stanęły wreszcie przed olbrzymim przybyszem.

Birara chuchnął na braci gorącym oddechem i pojednawczo machnął ogonem.

Nie wyciągał ku nim trąby, aby nie wyrażać zbytniej uniżoności, a jeszcze bardziej dlatego, żeby nie spłoszyć bojaźliwych, nieufnych dzikusów.

Słonie tymczasem obwąchiwały nieznajomego gościa i uważnie go oglądały.

W mig zrozumiały, że jest już stary, lecz jeszcze bardzo silny, i że niedawno jadł korzenie areki.

Pochwyciły zapach mułu i wonnej trawy, zgniecionej podczas snu. Zwęszyły nawet, że ptaki chodziły po jego chudych bokach.

Nie wzbudzało to w nich podejrzeń i obaw.

Coś niezwykłego dojrzały jednak w przybyszu.

Jęły więc oglądać go z bliska, pochylając szerokie łby.

I nagle — spostrzegły coś wręcz strasznego, krzyczącego o bliskim niebezpieczeństwie.