Słonie odczuły to tak wyraźnie, że zdawało im się, iż czai się ono tuż-tuż, w zaroślach krzaków, za ścianą wysokich, szeleszczących trzcin.

Przybysz miał na kolanach odciski, pomarszczone zgrubienia skóry — pozostałość po pracowitym życiu, gdy popychał ciężkie kloce drzewa i ciosane kamienie; na szyi i bokach — wklęśnięcia, szerokie i głębokie, wyciśnięte przez popręg i łańcuchy orczyka.

Wtedy, parsknąwszy głośno, zaczęły węszyć ponownie.

Nie miały już wątpliwości — ostrym węchem wyczuły bowiem znienawidzony, tchnący zgrozą zapach człowieka.

Cofnęły się w przerażeniu i gniewie zarazem. Nadstawiły ostre kły i podwinęły trąby.

Jeden z dzikusów wydał krótki ryk.

Na ten sygnał nadbiegło całe stado; trzydzieści słoni stanęło w groźnej postawie na wprost przybysza.

Postępując krok po kroku, słonie zbliżały się do Birary, otoczyły go, ścisnęły prężną obręczą swych ciał i jęły popychać ku zaroślom, skąd niedawno wynurzył się na moczary.

Birara opierał się, mruczał łagodnie i chuchał na prawo i lewo, lecz stado spychało go coraz dalej, aż otoczyły go wysokie krzaki.

Wtedy odeszły dzikie słonie, a Birara, który dążył ku nim, jak do braci i przyjaciół, stał w chaszczach nieruchomy, gorzko zdumiony i niewymownie smutny.