Spłoszone strasznym łomotem, trzaskiem tratowanych krzaków i trzcin słonie rzuciły się do ucieczki.

Birara gonił je, trąbiąc przeraźliwie, wyrywając i łamiąc zawadzające mu drzewa.

Kilka samców zatrzymało się wreszcie i zwróciło kły ku napastnikowi.

Lecz rozwścieczony olbrzym, jak tocząca się z gór skała, przełamał ich zbity, głową przy głowie szereg, obalił dwa słonie i jął tratować je, rycząc i chrapiąc. Inne — ogarnięte strachem — uciekały, doganiając resztę stada.

Birara uspokoił się dopiero wtedy, gdy spostrzegł, że napadnięci przez niego bracia już nie żyją.

Obwąchał je, obmacał, kilka razy potrącił kolanami ich bezwładne ciała i wyprężywszy mięśnie trąby, ryczeć począł.

W głosie zwycięzcy nie było jednak triumfu.

Rozpaczą bezdenną i bólem palącym rozbrzmiewało po dżungli przeciągłe, drgające, jękliwe trąbienie...

Rozdział XII. Spotkanie z człowiekiem

— Coby to mogło być? — spytał siebie na głos, stając jak wryty i podnosząc głowę stary panikis37 — Guarra, z przyzwyczajenia tropiciela wałęsający się po dżungli.