Nikt mu nie odpowiedział, bo Guarra samotnie kluczył po kniei, chociaż czas łowów nie nastał jeszcze.

Tropiciel znał dżunglę na sto mil wzdłuż i wszerz, więc wiedział, że ani jeden z tych drobnych, najgorszych słoni, które się pasły na moczarach, nie był w stanie wydobyć z piersi tak potężnego trąbienia.

Nie namyślając się długo, wślizgnął się do gąszczu i nadsłuchując co chwila, skradał się, biegł, czołgał się, wbiwszy w ziemię swoje spostrzegawcze źrenice.

Szedł długo, nie odnajdując żadnych śladów. A tymczasem słyszał chwilami — bliżej lub dalej — ten sam przeciągły, jękliwy, ponuro natarczywy ryk.

Guarra, okrążywszy głęboką kotlinę, zarośniętą bambusami, przystanął nagle i pochylił się aż do samej ziemi.

Nie tyle wzrok, ile węch podszepnął mu, iż jest bliski celu.

Nozdrza Hindusa rozdęły się szeroko i pochwyciły dobrze znany łowcy zapach.

Obejrzał ziemię.

Spostrzegł od razu stratowane krzaki, a na małej polanie głębokie doły, wybite nogami biegnących słoni.

Guarra naliczył sto dwadzieścia śladów. Trzydzieści słoni! Zbadał trop dokładnie, mierząc go małą, ciemną dłonią.