Olbrzymie zwierzę zamierzało powstać, lecz pęta zaciskały się coraz silniej i sprawiały mu ból. Miotała mu się ogromna głowa, trąba kurczowo czepiała się ziemi, przednie nogi kopały i rozrzucały kamienie.
Hindus spostrzegł odciski na jego kolanach i pręgi na bokach, karku i piersiach.
Guarra gwizdnął cicho. Domyślił się, że schwytał słonia Birarę, o którego wypytywali wszędzie gońcy maharadży.
Był bardzo uradowany, bo oczekiwał sutej nagrody.
Usiadł pod urwistym brzegiem i nie patrząc na swego jeńca, marzył.
Znużyło go to, więc zdrzemnął się trochę.
Nie znał Birary stary tropiciel, bo gdyby znał, nie usnąłby tak lekkomyślnie o sto kroków od leżącego i wierzgającego słonia, kierowanego niegdyś przez małego kornaka — Amrę.
Birara, przekonawszy się, że nie uda mu się zerwać pęt, ani też podnieść się z ziemi, nagle jak gdyby się uspokoił.
Przestał sapać i szamotać się.
Podkurczył tylne nogi, jak mógł najbliżej do piersi, i udało mu się wreszcie końcem trąby dotknąć pęcin. Namacał pętlę, zgarnął łączący je rzemień i szarpnął.