Uczuł ostry ból, bo twardy rzemień wpił mu się w skórę.

Nie powstrzymało go to bynajmniej. Szarpał i targał więzy raz po raz, aż nie wytrzymały i z głośnym klapnięciem pękły.

Birara podniósł się prawie bez hałasu i pozostawiając za sobą krwawy ślad, skradał się do śpiącego spokojnie człowieka.

Runął wreszcie na niego, porwał i zakręciwszy młynkiem nad głową, cisnął go o ziemię.

Podbiegł potem do leżącego i już podniósł potworną, podobną do grubego słupa nogę, aby zmiażdżyć mu głowę, zdruzgotać kości, a następnie wgnieść, wtłoczyć, wbić w ziemię, gdy...

W tej samej chwili przyszło mu na myśl, że to człowiek przecież leży przed nim! Nigdy dotąd nie zaznał nic złego od człowieka...

Opuścił nogę i obwąchał łowcę.

Guarra stracił przytomność czy może udawał nieżywego, bo nie oddychał, leżał z zamkniętymi oczami i nie ruszał się.

Birara potrącił go nogą, odszedł kilka kroków i obejrzał się nieufnie.

Podszedł raz jeszcze i znowu obwąchiwał go, cicho mrucząc.