Dziki, obłędny strach ogarnął serce i mózg słonia.

„Ratunku! Ratunku! — miotały się myśli. — Jestem słaby i chory... Chcę spokoju i wypoczynku... Muszę się ukryć... zniknąć bez śladu...”

Wyspa z nieznaną siłą pociągała ku sobie wzrok Birary.

Zdawało mu się, że słyszy jakiś surowy nakaz, natarczywą radę.

Ześlizgnął się do wody i raz jeszcze spojrzawszy na wyspę, popłynął.

Sunął powoli, bo gwałtowne ruchy sprawiały mu ból. Dostawał napadu ciężkiego kaszlu, a woda zalewała mu gardło.

Zanim dopłynął, siły kilka razy opuszczały go.

Birara coraz to zanurzał się z głową i znikał pod powierzchnią wody. Rozpaczliwym wysiłkiem mięśni wypływał po chwili i z jakimś tępym, beznadziejnym uporem posuwał się naprzód.

Ranny, osłabły słoń utonąłby niechybnie, lecz szczęśliwie trafił na podwodną łachę. Dotknął ją słabnącymi nogami i stanął na twardej ziemi.

Odetchnął trochę i wypoczął.