Biegł przez mieliznę, potykając się o leżące na dnie, skamieniałe pnie drzew i wpadając do dołów. Dotarł wkrótce do głębiny i znowu popłynął.

Krótki wypoczynek podtrzymał siły słonia.

Zamajaczyły przed nim zwisające nad wodą gałęzie i korzenie drzew.

Birara z wielkim trudem, nie zważając na straszliwy ból, na kolanach wczołgał się na brzeg i upadł wyczerpany.

Nie mógł uczynić najmniejszego ruchu i to go przerażało.

Wciąż jeszcze ścigał go strach — bezmyślny, górujący nad wszystkimi uczuciami i przytłaczający myśli. Czuł, że musiał odejść jak najdalej od brzegu ukryć się starannie, wcisnąć się do jakiejś skrytki, aby żadna żywa istota nie mogła go dojrzeć.

Nie był w stanie dźwignąć się z miejsca.

Przeleżał w nadbrzeżnych krzakach aż do nocy. Nie wiedział, czy spał czy tracił przytomność.

Obudził go głośny plusk, po którym dobiegł zgrzyt żwiru i przeciągłe syczenie.

Uniósł głowę i z przerażeniem w oczach spojrzał na wąskie pasmo nadbrzeżne.