Uspokoił się natychmiast. Poznał krokodyle, wynurzające się z jeziora i wypełzające na piasek.
Widział te gady na Tapti i Narbadze i nie bał się ich.
Ucieszył się nawet. Skoro krokodyle wyszły na brzeg — mógł być pewny, że w pobliżu nie ma żadnego wroga.
Księżyc wypłynął spoza wierzchołków drzew i oświecił dżunglę i jezioro, które natychmiast okryło się srebrną łuską. Powiał świeży wiatr. Pogwar rozkołysanych gałęzi i poszept liści biegł ponad wyspą.
Birara zebrał resztki sił i podźwignął osłabłe ciało.
Stanął, lecz kolana ugięły się pod nim; uderzył piersią o ziemię.
Uczynił nową próbę i tym razem utrzymał się na nogach.
Robiąc małe kroki, powlókł się w głąb lasu.
Widno w nim było, bo blade oblicze księżyca zaglądało wszędzie.
Odszedłszy kilkaset kroków, słoń położył się znowu, raczej usiadł z wpartymi w ziemię przednimi nogami.