Już wiedział, że nie może się kłaść na boku. Ile razy tak uczynił, natychmiast zaczynała mu płynąć krew z paszczy i tamować oddech.

Dotykając grzbietem grubego pnia, drzemał.

Czuł wyraźnie, że jakieś ciepłe wężyki łachoczą mu skórę.

Nie mogło widzieć bezwładne zwierzę, że na boku w poświacie księżyca lśniła się szeroka struga płynąca z jego rany.

Słabnął coraz bardziej, drżał na całym ciele i przymykał oczy.

Dopiero w południe powróciły mu siły, więc zwlókł się ze swego legowiska i jęcząc z cicha, począł szukać jakiejś skrytki.

Rozumiał, że człowiek nigdy jeszcze w tej dżungli nie bywał.

Od czasu napadu panikisa nienawidził ludzi i cieszył się, że nie spotka ich tu, w tym dzikim, niedostępnym uroczyszczu leśnym.

Szedł więc coraz dalej, rozglądając się uważnie. Po przejściu przez zwikłany gąszcz krzaków, lian i traw — na liściach i gładkich pędach pozostawiał czarne nacieki i czerwone krople krwi, którą broczyła mała ranka na boku.

Birara nie węszył, bo nie mógł wciągnąć powietrza, jednak coś raptownie podrażniło jego powonienie.