Birara natrafił na połać dżungli nawiedzonej przez straszliwy orkan południowy.

Potężne mahonie, magnolie i palmy leżały wyrwane z korzeniami, inne — nadłamane opierały się o konary stojących w pobliżu drzew.

Słoń z trudem przedzierał się przez ten smutny szmat lasu, gdy potrącone przez niego drzewo upadło nagle, uderzając go w głowę i grzbiet.

Birarę zamroczyło.

Długo stał, potrząsając łbem i przestępując z nogi na nogę, bo mu jakoś dziwnie drętwiały. Gdy ruszył, rzuciła mu się krew gardłem; o mało się nią nie zachłysnął, po czym kaszleć zaczął ciężko i przeraźliwie, obryzgując trawę gęstą, lepką pianą.

Chciał iść dalej, lecz już nie mógł.

Niedawno zabliźniona rana otworzyła się, sącząc ropę. Próżno szukał zbawczego pieprzu — nie było go tu.

Odnajdywał tam i ówdzie jakieś nikłe ździebełka ziół leczniczych, zrywał je i żuł, smutnie wbijając wzrok w ziemię.

Wlókł się strasznie wolno.

Tracił już nadzieję, że dojdzie kiedyś, lecz kierunku nie zmieniał, dążąc niezmiennie ku północy.