Nawet ptaki, porwane wszczynającym się niepokojem, z przeraźliwym krzykiem ciągnęły ponad drzewami.

Tygrysiasty, okryty pręgami i plamami pyton, olbrzymi „poddapoda”, postrach małp, posłyszał coś niezwykłego.

Wąż leżał zwinięty wśród grubych konarów drzewa, podobny do potwornej narości lub dziwacznego sęka, i czatował na zdobycz.

Posłyszawszy niezwykłe odgłosy budzące trwogę, szybko przerzucał swe zwinne, prężne ciało z gałęzi na gałąź, aż ześlizgnął się na ziemię i ukrył się pod kupą gnijących pni, zasnutych dzikim winem i wiotkimi pędami asfodeli.

Wszystko, co żyło, szukało ratunku w ucieczce.

Głosy ludzi zbliżały się, potężniał stuk pałek i jazgot grzechotek.

Birara nie ruszał się z miejsca. Stał jak wryty i słuchał.

Widocznie miał nadzieję, że ludzie ominą jego kryjówkę.

Przypomniał sobie dżunglę, gdzie ludzie otoczyli moczary i wypłoszyli dzikie słonie, a te pokornie poszły za nim — niewolnikiem do zdradzieckiej zagrody.

Nie znał jednak Birara hinduskich naganiaczy, tym bardziej tych, którzy pędzili zdobycz na stanowiska zajmowane przez ich władców.