Naganiacze ci wiedzieli, że wśród krzaków stał w ukryciu sam Tasfin, a na linii strzelców — radżowie pobliskich księstw i biali sahibowie, których władca Satpury podejmował wspaniałymi ucztami i łowami.

Pokrzykiwali więc i postukiwali kijami tak blisko, że Birara widział wyraźnie obchodzących go z obydwu stron Hindusów. Ludzie przedzierali się przez krzaki, wikłali się w wysokiej trawie i w sieci zwisających z drzew lian.

Dwóch z nich, od dawna już dostrzegło trop słonia — wyłamany słupek ogrodzenia, wytłoczone jego nogami doły, stratowana trawa i wyrwane krzaki znaczyły wyraźnie jego szlak.

Krzycząc przeraźliwie i turkocąc grzechotkami, wchodzili do chaszczy, gdzie stał Birara.

Jeszcze się obawiał ludzi, bo myślał, że nie pozwolą mu dojść do wąwozu, nad którym zwisa skała, okopcona dymem ogniska Amry...

Musi tam dojść!...

Czuje, że w tym zawiera się ostatnie, najgorętsze pragnienie jego... jakiś cel nieznany...

Musi tam dojść! Nie da się ludziom osaczyć i usidlić!

Naganiacze tymczasem podchodzili coraz bliżej i bliżej.

Zebrawszy wszystkie siły, Birara podniósł trąbę i nagle ruszył ze swego legowiska.