Jak smagnięty tysiącem batów, Birara, skupiając wszystkie siły, pędził wprost przed siebie, aby jak najprędzej dopaść zbawczej dżungli, zniknąć z oczu ścigających go ludzi i ukryć się przed tym, co najwięcej przerażało go swym groźnym świstem.
W pędzie przelotnie tylko spostrzegł leżącego nieruchomo jelenia, trochę dalej gaura, który wierzgał nogami, usiłując podnieść rogaty łeb.
Wpatrując się w ciemne chaszcze dżungli, która stawała się coraz bliższa, ujrzał nagle coś, co zmusiło go gwałtownie zwolnić bieg.
Spoza krzaków i zwalonych pni podniósł się człowiek. W rękach jego błysnęła lufa karabina i jęła się zniżać.
Naganiacze zrobili swoje, zmusiwszy niezwykłą zwierzynę wyjść na stanowisko maharadży.
Ujrzawszy olbrzymiego słonia, zdumiał się Tasfin.
„Wielki łowczy nie donosił mi nigdy o słoniach w tym małym ostępie...” — pomyślał i wziąwszy na cel mknące zwierzę, czekał na stosowną chwilę.
Naczelnik nadwornych strzelców, stojący za władcą, zawołał nagle głosem, w którym brzmiało przerażenie:
— Wielki, najjaśniejszy panie! To Birara, słoń następcy tronu, królewicza Nassura!
Lufa strzelby błysnęła znowu, bo maharadża opuścił ją, przyglądając się słoniowi.