Birara tymczasem zdążył zwolnić swój rozpęd i miotał się teraz, szukając ratunku. Bezradnie rzucał się w różne strony, lecz teraz spostrzegał wszędzie zaczajonych ludzi z bronią w ręku. Nie śmieli jednak strzelać przed maharadżą. Słoń nigdy przedtem nie widział broni, lecz w tej chwili przerażała go ona, bo czuł płynący od niej powiew śmierci.
Już poczęła go ogarniać rozpacz, już chciał, niepomny na niebezpieczeństwo, runąć na zaczajonych ludzi lub zawrócić, zgnieść i stratować goniących go Hindusów.
Zdyszany i zziajany jął chrapać, dusząc się krwawą, lepką pianą.
Porwał go gniew bezmierny, a ból przeszywał mu porywczo wznoszące się boki.
W tej chwili padł głośny okrzyk:
— Birara!
Gdyby nawet strzał armatni w hałasie przeraźliwych dźwięków i zgiełku rozległ się teraz — nieprzytomny i wściekły słoń nie posłyszałby go.
To zaś słowo, słyszane tyle razy z ust Amry, rozbrzmiało jak uderzenie pioruna.
Birara stanął jak wryty i nadsłuchiwał.
Może to tylko wydało mu się? Przecież już raz mu się to przydarzyło? Wołał go Amra, którego nigdzie znaleźć nie mógł, wołał z bliska... lecz był to sen!