Gdy niepokojące go odgłosy milkły, parskał i wzdychał żałośnie.
Żądał teraz po kilka razy na dzień, aby go wpuszczano na plac.
Stawał przed pałacem i trąbił potężnie.
Podbiegał do wychodzącego ku niemu maharadży, dotykał trąbą jego ramienia i jęczał, pytając z utęsknieniem:
— Kiedyż? Kiedyż?
Król rozumiał te namiętne dźwięki i dziwił się, że słoń już wie, iż stolica Satpury wygląda przybycia Nassura — „syna brata słońca”.
Nie domyślał się jednak Tasfin, że serce słonia tęskniło za synem Warory, biednego kaleki-żołnierza, że myśl jego biegła przede wszystkim do Amry, małego kornaka, którego pokochał na całe życie i bez którego to życie stało się dlań męką i źródłem niebezpiecznych, nieznośnych cierpień.
„Amra! Amra!” — to słowo brzmiało w głowie i sercu starego, schorzałego słonia.
Dla tego małego chłopaka żył teraz i odganiał blade widmo śmierci, chwilami zasnuwające mu nieprzeniknioną mgłą cały świat i napełniające mrokiem mózg tęskniącego olbrzyma.