Birara od dwóch dni nie nocował w chlewie i nie kładł się.

Stał na łące zwrócony głową ku pałacowi i patrzał przed siebie smutnym, nieruchomym wzrokiem.

Chwiał się na zgiętych w kolanach nogach, wzdrygał się chwilami, jak gdyby przeszywał go nagły dreszcz, i wzdychał. Czuł coraz większą, prawie przerażającą słabość i pustkę w sercu. Gdyby mógł rozumować, nie potrafiłby określić, czy czuwał, czy też drzemał przez te długie dnie i noce.

Wiedział, że stanął przed czymś nieuniknionym, co się zbliża równym, stanowczym krokiem.

Nie zamierzał kryć się i bronić przed nadchodzącym... Nie wiedział jeszcze, coby to miało być i czym mu ono groziło?

Czuł ową groźbę w odgłosie kroków czegoś nieznanego i czekał cierpliwie, bez oporu i trwogi.

Birara spełni rozkaz tej tajemniczej istoty również pokornie, jak wykonywał ciche rozkazy Amry...

Minęła jeszcze jedna noc...

Umilkły i ukryły się cykające nietoperze; przebrzmiały dalekie głosy małp witających świt; rozległy się senne głosy budzących się ptaków.

Słońce ozłociło dżunglę rosnącą na szczytach skał, a wkrótce trysnęło promieniami na łąkę ze stojącym na niej słoniem.