Węch targnął całym olbrzymim ciałem, a każda kropla krwi powtórzyła:
— Amra! Amra!
Podniósł uszy i cały zamienił się w słuch.
Do najdalszych zakątków mózgu doszło zrozumienie:
— Amra! Amra!
Wreszcie podniósł znowu powieki i spojrzał bojaźliwie.
Nie wierzył jeszcze, drżał na myśl, że upragniona zjawa rozwieje się jak mgła, pryśnie jak z nagła porwany wiatrem kurz przydrożny.
Nie! Nie! Widzi przecież przytulonych do siebie chłopaków, słyszy ich słodkie głosy, czuje ciepło ich rąk i policzków, przyciśniętych do jego pomarszczonej, steranej i zbolałej skóry.
Wtedy padł na kolana, z cienkim, jak zgrzyt stali po szkle, przenikliwym jękiem, objął Amrę, przycisnął do siebie i jął dąć na niego gorącym, porywczym oddechem.
Długo pieścił swego kornaka, przyglądał mu się, szukał jego wzroku i niemal omdlewał ze szczęścia, słysząc cichy, wzruszony szept: