Na czele szedł, kulejąc z lekka, stary słoń.

Że miał poza sobą długi korowód lat, to w mig poznawali Hindusi, gdyż na końcu ogona słonia srebrzyła się długa siwa szczecina, takież włosy rosły mu na dolnej wardze, a skóra tworzyła potwornie grube fałdy na bokach i biodrach.

Na karku sędziwego zwierzęcia jechał mały chłopiec w białym ubraniu i czarnej czapeczce ze złotym galonem.

Słoń wywijał ogonem, prychał, pomrukiwał i szedł ciężkim truchtem, podnosząc obłoki kurzu.

Z tyłu jechało na mułach dwóch pachołków pałacowych, prowadząc osiodłanego konia i dwa inne, obarczone worami wypchanymi suto.

Najbardziej jednak budziło podziw coś innego. Oto słoń miał jeden kieł złamany, na drugim zaś widniał szeroki, złoty pierścień.

Był to Birara, niosący na sobie swego ulubionego kornaka.

Amra, wyjeżdżając z pałacu, wsiadł na konia, aby nie nużyć starego przyjaciela.

Słoń jednak zaczął tupać, trąbić, chrząkać trwożnie, żądając, aby chłopak wsiadł mu na kark. Wtedy od razu się uspokoił i raźnym krokiem ruszył w drogę.

Amra robił częste popasy, aby dać wypoczynek starowinie, więc powoli posuwał się naprzód.