Czuł się w tak wybornym humorze, że schwycił nawet i pociągnął za ogon muła, który ośmielił się wyprzedzić go niebacznie.
Wędrowali tak jeszcze przez dzień cały i zanocowali w małej wiosce, położonej niedaleko Suratu.
Teraz dziwny niepokój jął ogarniać słonia. Chodził, niecierpliwie spoglądając w ciemne niebo, i wzdychał. Nie tknął jedzenia i wody, bo nie chciał zejść z drogi, raz po raz wyciągając trąbę w stronę miasta i węsząc.
Ledwie spostrzegł świt, zaczął trąbić głośno, budząc Amrę i pachołków maharadży.
Tupał natarczywie, śpiesząc się w dalszą drogę.
Ruszyli więc i doszli wreszcie do miejsca, gdzie dawniej stała chata Warory.
Teraz nie było jej już, a na tym samym miejscu zielenił się łan prosa, dochodząc aż do skraju drogi.
Wypytawszy sąsiadów, Amra dowiedział się, że rodzina jego przeniosła się na drugi brzeg Tapti.
Przez rzekę szedł prom.
Przeprawiwszy się, podjechali do dużego, nowego domu.