Wysokie podmurowanie z czerwonych kamieni i ściany ze złocistych, świeżych desek nadawały okazały wygląd siedzibie Warory i Sonczy.
Kaleka nie trudnił się już snycerstwem, a i matka Amry miała teraz mniej pracy. Zastępowała ją bowiem służąca, krzątająca się dokoła domu, w polu zaś pracowało aż trzech robotników, wynajętych przez Warorę.
Do niedawna jeszcze biedni wieśniacy teraz żyli dostatnio i spokojnie.
Na spotkanie brata wybiegły uradowane Hubli i Radżori, rzucając mu się na szyję.
W obszernej sieni matka porwała chłopca w objęcia i długo tuliła go do piersi. Przez łzy spoglądała na syna z dumą i wdzięcznością, wiedząc, że on to był źródłem dobrobytu całej rodziny.
Wszedłszy do domu, Amra powitał ojca.
Pozostawiwszy sobie wierzchowca, chłopak wyprawił do Użżainu sługi z mułami i końmi, po czym rozgościł się w domu na dobre.
— Przyjechałem do was na całe dwa tygodnie! — mówił do ojca, rozglądając się po nowej siedzibie.
Wszyscy się cieszyli z przyjazdu Amry i podziwiali piękne upominki, które kupił dla nich w stolicy białych sahibów, a również wspaniałe dary przysłane przez maharadżę rodzinie przyjaciela i obrońcy swego syna.
Birara długo nie mógł się przyzwyczaić do nowego miejsca, lecz zrozumiał w końcu, że odtąd ma pozostać w bambusowej zagrodzie, gdzie przynoszono mu świeżą paszę, banany, mango i wiązanki trzciny cukrowej.