Słoń stał przed werandą z opuszczoną głową. Od czasu do czasu poruszał jednak uszami i wydawał urywane pomruki lub głębokie westchnienia.

Domyślał się, o czym opowiada mały kornak, a słysząc swoje imię, podnosił uszy i węszył.

Spostrzegłszy, że rodzina przygotowuje się do snu, mruczał coraz głośniej, domagając się garści soli, do której przyzwyczaił się był w Użżainie.

Pewnego razu Amra wybrał się do Suratu, aby zapytać na poczcie o list od Nassura, ponieważ jedyny listonosz, jednooki Daltra, ciężko zapadł na zdrowiu.

Za chłopakiem, jak zwykle, kroczył nieodstępny słoń, potrząsał głową i mruczał cichutko.

Powracając z miasta, na moście przerzuconym przez Tapti Amra spotkał wóz, w którym jechał nieznajomy Anglik i stary Hindus siedzący obok furmana na koźle.

Mijali właśnie powóz, gdy nagle Birara stanął i wyciągając trąbę, począł głośno węszyć.

— Chodź, staruszku! — popędzał go chłopak. — W domu czekają na nas z obiadem.

Słoń nie ruszał się jednak i coraz hałaśliwiej i głębiej wciągał powietrze.

Przed bystrym wzrokiem Amry nie mogło się ukryć nagłe zmieszanie Hindusa.