Wreszcie bezwładna i zimna wyciągnęła się w trawie, a wtedy chłopiec poczuł na twarzy lekki ciepły jeszcze powiew — ostatnią pieszczotę Birary...
*
Słońce wzeszło i zajrzało na porzuconą porębę.
Wśród sterczących, szarych, martwych pni suchych gałęzi i korzeni rozrzuconych w nieładzie leżał stary, chudy słoń.
Nieruchomy był zimny i martwy jak te pnie żałosne i gałęzie pleśnią zżarte. Olbrzymie ciało zwierza jak gdyby się rozpływało, wciskało coraz bardziej w ziemię... znikało.
W ciszy leśnego cmentarzyska, gdzie na próchno się rozpadały butwiejące konary dumnych niegdyś, niebotycznych drzew, biegł żałosny szloch.
To płakał mały kornak, syn Warory, „brat królewicza” Satpury.
Wzdychał, szlochał i nie słyszał, że coś szeptało do niego szmerem suchych liści i szelestem twardych zielsk:
— Życie moje było długie, pracowite i wierne, aż doszło do kresu... Ległem tu, bo jestem synem dżungli i ze szczątkami jej pragnąłem połączyć swe stare kości... Nie płacz, mały przyjacielu! Zakończyłem bieg mego życia, bo taka była wola Najwyższej Istoty... Bądź szczęśliwy i prawy, aby, stanąwszy kiedyś u kresu, dusza twoja zachować mogła spokój i pogodę — tę najmilszą Bogu modlitwę... Żegnaj, mały, dobry Amra...
Zgrzytały wysokie badyle, poruszane lekkim wiatrem porannym, dobiegał daleki, łagodny poszum morza.