— Zarabiałem w lecie po 15 — mruknął chłopak — teraz jednak o pracę trudno... Zgadzam się na 8 rupii, sahibie!
— Doskonale! — zawołał kapitan. — Bądź tu zaraz po południu. Pojedziemy razem...
— Rzekłeś, sahibie! — odpowiedział Amra. — Znajdziesz mnie tu po południu.
Istotnie wkrótce po śniadaniu na placyku zjawił się ten sam biały pan i, usadowiwszy się wygodnie na szerokim grzbiecie Birary, dał znak do wyruszenia.
Amra rzekł cicho:
— Birara, naprzód!
Słoń zamruczał i poszedł zwykłym dla siebie drobnym, śmiesznym truchtem.
— Posłuszne masz zwierzę! — zauważył Anglik. — Wytresowałeś go dobrze!
— Jest to słoń, którego odziedziczyłem po dziadku, sahibie — objaśnił chłopak. — Nie mam z nim już żadnych kłopotów! Rozumie każde moje słowo. O, Birara to dobry, wierny przyjaciel!
Zawiązała się długa rozmowa, z której Anglik dowiedział się od małego Hindusa o wszystkim... Posłyszał o śmierci starego Bauli, o służbie Warory w pułku strzelców królewskich o bitwie, w której stracił był stopę; Amra opowiedział kapitanowi o ciągle ciężko pracującej, chorowitej matce i dwóch siostrzyczkach Amry — płochliwej Hubli i śmiałej Radżori.