Dopiero na trzeci dzień dojechali podróżnicy do małej wioski górskiej, ukrytej w wąwozach grzbietu Satpury.
Inny Anglik — pomocnik sahiba — przygotował już tłum Hindusów i dwa słonie.
Amra z pogodą spoglądał na bezkształtne, niezgrabne i słabowite zwierzęta.
„Co za nędzne duazala!... — myślał Amra. — Nie dałbym za nie po 200 rupii”.
Istotnie należały do drugorzędnej rasy słoni — duazala, żyjących w Indiach.
Po jednodniowym wypoczynku Anglik, którego i tu wszyscy nazywali „kapitanem”, wyruszył wraz z Amrą do dżungli.
— Muszę zrobić wywiad, aby ułożyć plan łowów — rzekł do chłopaka.
Wąska ścieżka, wydeptana przez słonie, prowadziła do lasu.
Tu droga nagle się urywała.
Przed podróżnikami stanęła ściana kniei. Gąszcz otoczył ich.