Podeszli obaj do słonia. Birara wyrywał młode, bladożółte jeszcze pędy bambusów i ze smakiem zajadał.

Niezadowolonym wzrokiem zerknął teraz w stronę ludzi.

Chciałby tu popasać jak najdłużej.

Wkrótce jednak szedł już przez gęste zarośla.

Z trzaskiem gięły się i łamały potężne, grube trzciny, roztrącane i tratowane przez słonia.

Wśród bambusów, paproci i papirusów leżało ukryte jeziorko.

Gdy Birara podchodził do grząskiego brzegu, spadł mały deszcz, zwykły w tej porze roku.

Potoki, szumiące strugi ciepłej wody runęły z obłoków na ziemię.

Padały połamane przez ulewę gałęzie. Pokotem kładły się młode bambusy, pierzaste liście paproci i wybujała nadmiernie trawa.

Trwało to krótko, lecz dżungla zalana była wodą.