Kapitan klął, bo teraz nikt nie mógł dojrzeć śladów na ziemi.
Birara z głośnym pluskiem i człapaniem szedł naprzód, kichając i prychając, deszcz bowiem zalewał mu nozdrza.
Nagle zwinął trąbę i podniósł ją jak mógł najwyżej.
Rozstawił szerokie, do liści łopuchów podobne uszy i poruszał nimi ostrożnie.
Chrapliwie wciągał powietrze.
Wreszcie stanął i zaczął nadsłuchiwać.
Jakieś zwierzę z łomotem i głośnym parskaniem biegło, tratując krzaki.
Amra ujrzał je wkrótce. Był to nosorożec.
Umykał przed czymś, co go wypłoszyło i przeraziło.
Ciemnoszary kadłub jego migał w gąszczu zarośli.