— Sahibie — odparł jeden z nich — panikis umie podczołgać się do słonia tak blisko, że potrafi założyć mu pętlę na nogę... Słonie nie zwęszyły nas i pasą się spokojnie...

Kapitan kazał im powracać do wsi i czym prędzej sprowadzić wynajętych naganiaczy i słonie.

Znalazłszy suchy, kamienisty pagórek, Anglik z małym kornakiem urządzili sobie obóz, w którym spędzili noc spokojnie.

Kapitan przekonał się, że panikisi nie okłamali go.

Obudziwszy się przed świtem, biały człowiek usiadł na posłaniu i jął nadsłuchiwać.

Na razie nie słyszał nic pocieszającego.

Gibbony, jak zwykle, odzywały się z rzadka krótkim, basowym wyciem, witając nadchodzący dzień.

Skrzeczały jakieś ptaki. Cykały krążące dokoła nietoperze i huczały bąki.

Wtem dobiegł go z daleka dziwny dźwięk.

Przypominał cienkie, jękliwe zawodzenie trąbki, jakiś trwożny jazgot.