Kapitan zatarł ręce. Posłyszał upragniony głos słonia.
To go uspokoiło i ucieszyło niewymownie.
Zaraz po wschodzie słońca kazał Amrze wozić się po dżungli.
Przecinali las w różnych kierunkach, nie zbliżając się zbytnio do trzęsawiska, gdzie się pasły słonie.
Ujrzawszy niewysokie, skaliste pagórki, kapitan zeskoczył na ziemię i jął się rozglądać po okolicy.
Długo coś miarkował, mierzył krokami, rysował w notatniku plan, aż rzekł do Amry:
— Tak, mój chłopcze, tu właśnie urządzimy kheddę: mocną zagrodę, do której napędzimy dzikich braci twego Birary!
Amra nigdy nie widział, jak ludzie chwytają słonie, więc też z niecierpliwością wyglądał przybycia naganiaczy.
Rozdział V. Birara — łowca
Birara żył już bardzo długo.