Stanowił ją okrągły placyk, otoczony wysokim, mocnym płotem.

Wejście do kheddy zamykało się grubą kratą. Podniesiono ją jednak za pomocą sznura przerzuconego przez gałąź sąsiedniego drzewa.

Birara, węsząc na wszystkie strony, rozumiał, że las otoczony jest ludźmi, a w środku — na niedostępnych moczarach, wśród bambusów i chaszczy pasą się dzikie słonie.

Jakaś trwoga zakradła się do serca Birary.

Kapitan, obejrzawszy uważnie zagrodzenie kheddy, schował się poza drzewami i krzyknął:

— Słonie, naprzód!

Wydawszy ten rozkaz, gwizdnął przeciągle.

Birara, z siedzącym na nim Amrą, wchodził w głąb osaczonej dżungli.

Ze wszystkich stron dochodziły teraz krzyki naganiaczy, stuk kijów o pnie drzew, wrzask i nawoływanie.

Cały ten zgiełk pokrył w jednej chwili straszliwy łomot, głuchy tupot ciężkich nóg i cienkie, przeraźliwe trąbienie spłoszonych słoni.