Birara nic nie robił i tył straszliwie, a rozleniwił się tak dalece, że wzdychał nawet na myśl o jedzeniu.

Wszakże i to już była dla niego praca. Brać pożywienie, wkładać do paszczy, żuć, łykać!...

Królewicz, zaprzyjaźniwszy się z nim i małym kornakiem, odbywał codziennie długie przejażdżki.

Co prawda, nie były one tak wesołe, jak ta pierwsza, niespodziewana.

Na Birarę nakładano teraz czerwone popręgi25, napierśnik26 i terlicę27, z góry zaś okrywano siatką ze srebrnych sznurów ze szkarłatnymi frędzlami.

Amra siedział na karku słonia, a za nim na umocowanym do terlicy krzesełku — jechał Nassur.

Słonia otaczała kawalkada jeźdźców ze świty królewskiej, a z tyłu cwałował oddział przybocznej gwardii maharadży.

Chłopcy zaprzyjaźnili się serdecznie i poza tymi okazałymi przejażdżkami po okolicach stolicy, spotykali się jeszcze często po kryjomu.

Otoczenie maharadży śledziło zazdrośnie, aby młody następca tronu Satpury nie zniżał się do pospólstwa. Straż przyboczna nie dopuszczała nigdy zbliżenia jakiegoś tam zwyczajnego śmiertelnika, nieokrzesanego wieśniaka do osoby królewicza.

Wymagała tego surowa, wschodnia etykieta28 dworu dumnego maharadży Tasfina.