— Zlituj się nad wiernym sługą... — bełkotał. — Jeżeli wypuszczę ciebie, królewiczu, wielki maharadża utnie mi głowę przedtem, niż odziedziczysz po nim tron Satpury...

— Urządzę ci wspaniały pogrzeb, mój dobry Bali! — z wesołym śmiechem przerwał mu Nassur. — Jakoś tam damy sobie radę, mój stary!

Od tej rozmowy codziennie po południu, w godzinach, gdy maharadża przyjmował ministrów, kapłanów i wyższych dostojników pałacowych, królewicz Nassur biegł na umówione miejsce.

Amra znalazł doskonałą kryjówkę.

W górach, okrytych dżunglą, wykrył długi i szeroki wąwóz. Nazwał go „wąwozem królewicza”.

Ani świta maharadży, ani też warty strzegące zwierzyny w dżungli, nie mogły dostrzec ukrytych w nim spiskowców.

Nawet największego z nich.

Birara, widząc królewicza pędzącego do wąwozu, dreptał za nim z wesołym pomrukiem.

Lubił te wyprawy starowina. Rosły tam bowiem drzewa mangowe, a soczyste, wonne ich owoce lubił stary łakomiec29. Dostawał też zawsze jakiś przysmak osobliwy od królewicza i Amry.

Chłopaki siadały pod zwisającą skałą i wdawały się w pogawędkę. Zwykle zaczynał Amra.