Opowiadał obszernie i szczegółowo o życiu i pracy biednych wieśniaków, posiadających pole mniejsze od najmniejszej sali pałacu Nassura; o rybakach, którzy giną często w siwych, syczących falach oceanu lub zostają pożarci przez żarłoczne rekiny.

Amra snuł opowieści o odważnych niestrudzonych myśliwych, przecinających dżunglę, gdzie błyska zielonymi ślepiami pręgowany tygrys lub plamista pantera.

Przy każdym nowym spotkaniu odsłaniał przed oczami przyszłego władcy zwykłe, proste i nędzne życie, którego „syn brata słońca” i „najpotężniejszy władca” nigdy nie widział z okien swego pałacu lub z wysokości tronu, gdy zasiadał na nim obok ojca.

Gdy kornak milknął, królewicz Satpury rozpoczynał swoje opowiadanie.

Śmiał się i szydził z niemądrych i uciążliwych przepisów i obyczajów panujących na dworze jego ojca, przedrzeźniał różnych dostojników; barwnie i zajmująco przedstawiał niezwykły przepych uczt i przyjęć dworskich i dalekie podróże za morze, do Londynu, gdzie mieszka cesarz Wielkiej Brytanii...

Ze zdumieniem posłyszał Amra, że jego mały przyjaciel pół roku spędza w stolicy białych sahibów, gdzie uczy się, aby, gdy nastanie czas, stać się oświeconym i sprawiedliwym władcą swego kraju i narodu.

Tamując oddech, słuchał wieśniak o tym, czego uczą Nassura biali sahibowie i o tym, co widział w obcych, dalekich krajach syn maharadży.

Pewnego razu, słuchając królewicza, westchnął:

— Zazdrościsz mi? — spytał Nassur, spojrzawszy w rozognione oczy przyjaciela.

— Tak! — odparł z całą szczerością Amra. — Nie myśl jednak, królewiczu, że zazdroszczę ci honorów świetności panującego władcy. O, nie! Chciałbym tylko zdobyć wiedzę!...