Amra, wyciąwszy długą, gładką trzcinę, majstrował z niej fujarkę.
Królewicz błąkał się po brzegu bagniska i przyglądał się barwnym motylom unoszącym się nad wodą.
Nagle usłyszał cichy świst i jak gdyby klaśnięcie bicza.
Zdumiony rozglądał się dokoła.
Świst powtórzył się już wyraźniej i bliżej.
Nassur spojrzał na ziemię. Spoza kępy wysuwał się wąż.
Nigdy takiego jeszcze nie widział.
Żółty i długi płaz miał na karku dwa czarne kółka, połączone ciemnymi pasemkami.
Złe, nieruchome oczy jego wbijały się w chłopaka.
Prężne ciało kurczyło się gwałtownie i sunęło powolnie naprzód.