Gdy błyskawicznym ruchem podnosił trąbę, Amra rzucał się naprzód i wołał:

— Jest! Jest!

Długą tyką, zakończoną widełkami, przyciskał węża do ziemi, a po chwili zadzierzgał mu pętlę na szyję i z triumfem pokazywał Nassurowi zdobycz.

Królewicz klaskał w dłonie i śmiał się, patrząc na Birarę, chrapiącego ostrzegawczo i trwożnie.

W głosie jego brzmiało upomnienie:

— Bądźcie ostrożne, dzieciaki! Różne bywają węże...

Ostrzeżenia takie nie były wcale zbyteczne.

Pewnego razu, spotkawszy się w wąwozie, chłopacy postanowili zrobić wycieczkę aż do końca jaru.

Znaleźli tam małe bagienko. Sitowie i duże, jasnozielone liście lilii wodnej okrywały powierzchnię wody i grząskiego torfowiska.

Birara znalazł tam jakieś korzonki i raczył się nimi z parskaniem.