— Mówisz, co prawda, nie tak, jak powinni to czynić poddani, lecz mądrość brzmi w słowach twoich, dziecko! — w zamyśleniu wyrzekł maharadża. — Przyjaźń jest droższa i pewniejsza od zmiennej łaski władcy...

Nie skończył, bo przerwał mu Birara.

Podszedł i trąbą dotknął ramienia Tasfina.

Dla niego nie był on ani władcą, ani „bratem słońca”, ani maharadżą Satpury.

Podobał mu się głos tego człowieka i łagodne błyski w jego oczach.

Chuchnął więc na niego dobrotliwie i mruknął cichutko.

Maharadża zeskoczył z konia i skinąwszy ręką w stronę świty, kazał jeźdźcom powracać do pałacu.

Sam zaś usiadł przy gasnącym ognisku i jął wypytywać chłopców o ich zabawy i rozmowy, śmiał się wesoło i zajadał owoce mango.

Birara tkwił przed nimi, kiwał głową, a w oczach jego zapalały się co chwila żartobliwe, figlarne ogniki.

Wielki władca, wspaniały maharadża przyglądał się chwytaniu ryb przez małego wieśniaka i raczył spożyć jedną z nich, upieczoną na węglach i polaną sokiem mangowym.