— Do diabła! — mruczał profesor, patrząc na zataczających się chłopów. — Taki osobnik, przesiąknięty alkoholem, przy ogniu sam się może zapalić, jak zepsuta lampka spirytusowa.

Dwie chaty się spaliły, reszta ocalała.

W spalonych chatach zginęły dwie rodziny. Gdy pożar się skończył, skierowaliśmy się ku swej kwaterze, aby wypocząć, lecz nagle rozległy się znowu hałasy i krzyki.

— Nowa awantura! — zawołał profesor Zaleski. — No, no, wesołe tu miejsce, nie znudzimy się!

Zobaczyliśmy wkrótce tłum chłopów, prowadzących jakiegoś człowieka. Co chwila wznosiły się nad nim pięści i kije.

Pośpieszyliśmy z pomocą. Okazało się, że był to podpalacz. Cała sprawa miała miejscowy etnograficzny koloryt: chłopi napadli na stada Kirgizów, Kirgizi przez zemstę podpalili wieś.

Podpalacza, który się ukrył za wsią, w trawie, schwytano i teraz musiał on zginąć drogą samosądu.

Już niewiele mu się co prawda należało, gdyż tłum zbił go tak, że twarzy i głowy Kirgiza już nie można było rozróżnić: zamieniły się w rozdęty kawał skrwawionego mięsa. Podpalacz nadto miał złamaną rękę w walce z chłopami i ledwie powłóczył jedną nogą.

Ujęliśmy się za Kirgizem, oświadczywszy, że należy go osadzić w areszcie do czasu przybycia władz, które go przesłuchają i odstawią do sądu.

Starosta potakiwał nam, odpędził chłopów i osobiście zaprowadził przestępcę do swego biura, gdzie go zamknął.