Gdy weszła, jasny ogień płonął na kominku, a przy świetle dziennym wydał jej się pokój ten rzeczywiście bardzo piękny. Dywany, portiery, książki na półeczkach, wszystko było barwne i nadawało całości wygląd jasny, pogodny, pomimo zachmurzonego nieba i padającego deszczu na dworze. Colin sam wyglądał jak obrazek. Miał na sobie miękkie, welwetowe ubranie i siedział wsparty na bogato haftowanych poduszkach. Policzki mu pałały.

— Chodź do mnie — zawołał — całe rano o tobie myślałem.

— Ja także myślałam o tobie — była odpowiedź Mary. — Nie masz pojęcia, jak strasznie Marta się boi. Ona mówi, że pani Medlock pomyśli, że ona mnie o tobie powiedziała, a wtedy straci naturalnie miejsce.

Chłopiec zmarszczył czoło.

— Idź, zawołaj ją tutaj — rzekł. — Ona jest tu w pokoju obok.

Mary poszła i przyprowadziła ją. Pod biedną Martą nogi dygotały. Colin wciąż był nachmurzony.

— Czy masz robić to, co mnie się podoba, czy nie? — zapytał.

— Tak, sir, mam robić to, co się jemu podoba — wyjąkała Marta, czerwieniąc się jak burak.

— Czy Medlock ma robić to, co mnie się podoba?

— Tak, sir, ona i wszyscy — brzmiała odpowiedź.