— No, dobrze. Zatem, jeżeli ja każę przyprowadzić tu pannę Mary, to dlaczego Medlock ma cię wydalić, gdyby się o tym dowiedziała?
— Proszę nie pozwolić jej, sir — błagała Marta.
— Ja ją wydalę, gdyby ośmieliła się słówko o tym pisnąć — rzekł młody pan Craven wyniośle. — Mogę cię zapewnić, że by tego nie chciała.
— Dziękuję, sir. Chciałam spełnić swój obowiązek — rzekła, dygając.
— Obowiązkiem twoim jest robić to, co ja chcę — mówił Colin z coraz większą godnością. — Będę o tobie pamiętał. Teraz możesz odejść.
Gdy się drzwi za Martą zamknęły, Colinowi zdało się, że Mary przygląda mu się tak, jakby ją w podziw był wprawił.
— Czemu na mnie tak dziwnie patrzysz? — zapytał. — O czym myślisz?
— Myślę o dwóch rzeczach.
— O jakich? Usiądź i opowiedz mi.
— Pierwsza rzecz taka — zaczęła Mary, sadowiąc się wygodnie. — Raz w Indiach widziałam chłopca, który był radżą. Suknię miał naszytą rubinami, szmaragdami i brylantami. Do swoich sług odzywał się tak, jak ty do Marty. Każdy musiał w tej chwili robić to, co mu rozkazał. Myślę, że gdyby zaraz kto nie usłuchał, to by go zabito.