— Cicho bądź! — huknęła ostro. — Milcz! Nienawidzę cię! Wszyscy ciebie nie cierpią! Chciałabym, żeby wszyscy z domu wyszli, żebyś się tu na śmierć zakrzyczał! I zaraz się na śmierć zawrzeszczysz, zaraz! Bardzo bym chciała!
Dobre, sympatyczne dziecko nie mogłoby ani wymówić, ani pomyśleć takich wyrazów, lecz zdarzyło się tak dziwnie, że właśnie wstrząśnienie, wywołane ich dźwiękiem, było najlepszym lekarstwem dla tego histerycznego chłopca, któremu nikt nie śmiał sprzeciwić się.
Leżał na poduszkach, bijąc wokoło rękami i miotając się jak wściekły — teraz na rozzłoszczony ton głosu Mary odwrócił się nagle. Twarz jego była przerażająca — blada — z wypiekami, nabrzmiała i szlochał, i jęczał; ale mała Mary, zła jak dzika kotka, nie robiła sobie nic z tego.
— Jak mi jeszcze raz piśniesz — mówiła — to ja też wrzasnę, a umiem krzyczeć głośniej niż ty, i wystraszę cię okropnie!
Tak go przeraziła, że umilkł. Krzyk mu uwiązł w gardle. Wielkie łzy toczyły mu się po twarzy. Wątłym ciałem wstrząsały łkania.
— Nie mogę przestać płakać! — zawodził i szlochał. — Nie mo-mogę! nie m-m-mogę!
— Możesz! — krzyknęła Mary. — Cała twoja choroba to histeria i złość. Histeria! Histeria! Histeria! — i za każdym razem łupała nogą.
— Cz-czułem narośl... cz-czułem — wykrztusił Colin. — Wiedziałem, że tak będzie. Będę miał garb, a potem umrę!
Znów się począł wić i twarz wykrzywiał, i szlochał, i jęczał, lecz nie krzyczał.
— Nieprawda! Nie czułeś żadnej narośli! — przeczyła Mary. — Jeśliś co czuł, to narośl histeryczną. Histeria robi narośle. Nic nie masz na tych twoich obrzydliwych plecach: nic prócz histerii! Odwróć się zaraz, to sama sprawdzę!