Podobało jej się słowo „histeria” i czuła, że i na nim robi wrażenie. Być może, iż tak jak ona nigdy on go przedtem nie słyszał.
— Proszę przyjść tu zaraz — rozkazująco rzekła do pielęgniarki — i pokazać mi w tej chwili jego plecy!
Pielęgniarka, pani Medlock i Marta stały przytulone do siebie przy drzwiach, patrząc na Mary i usta otwierając z podziwu. Wszystkim trzem niejednokrotnie tchu zabrakło ze strachu. Pielęgniarka zbliżyła się, jakby też przestraszona. Colinem wstrząsały łkania.
— Może... może mi panicz nie pozwoli — rzekła cicho.
Colin jednak usłyszał i wyjąkał między dwoma szlochami:
— Po-pokaż jej! N-n-niech to zo-zobaczy sa-sama!
Były to biedne, chude plecy, gdy je obnażono. Można było policzyć wszystkie żebra i wszystkie złączenia kości pacierzowej, lecz ich panna Mary nie liczyła, gdy pochyliła nad nimi swoją twarzyczkę dziką i gdy się z powagą przyglądała. Wyglądała tak zabawnie, że pielęgniarka z trudem opanowała śmiech. Była chwilka ciszy, bo nawet Colin starał się oddech zatrzymać, gdy Mary oglądała jego plecy z uwagą największą, zupełnie jakby była owym sławnym lekarzem z Londynu.
— Nawet krostki żadnej nie ma! — rzekła w końcu — nie ma krostki nawet takiej, jak główka szpilki, z wyjątkiem kości pacierzowej, a czujesz ją właśnie, bo wystaje, boś chudy. Ja mam takie same kości i tak samo wystawały, jak twoje, dopóki teraz nie utyłam; a jeszcze nie mam dość tłustych pleców, by je przykryć. Nic nie masz na plecach, żadnej narośli. Jak jeszcze raz wspomnisz o garbie, to cię tylko wyśmieję!
Tylko Colin jeden wiedział, jakie wrażenie zrobiły na nim te wyrazy w złości wypowiedziane. Gdyby był miał przed kim wygadać się z swych urojonych, tajonych obaw, gdyby był pozwolił mówić do siebie, gdyby był miał towarzystwo dzieci, a nie leżał po całych dniach na wznak w łóżku w tym ogromnym pustym domu, żyjąc w atmosferze przesyconej lękiem ludzi, którzy po największej części byli niemądrzy, a nim znużeni, byłby zrozumiał, że największa część lęków jego i choroby była płodem jego wyobraźni. Lecz leżał i rozmyślał o sobie, o swoich bólach, o swoim zmęczeniu — myślał dnie, miesiące, lata. I teraz dopiero, gdy to niemiłe dziecko upierało się przy swoim, że nie był on tak chory, jak sobie wyobrażał — począł przypuszczać, że może ona ma rację.
— Nie wiedziałam — nieśmiało wtrąciła pielęgniarka — że on myślał, że ma garb. Krzyż ma słaby, bo nie chce spróbować nawet usiąść prosto. Byłabym mu sama powiedziała, że ani śladu garbu nie ma.