Colin połykał łzy i odwrócił twarz trochę, by na nią spojrzeć.

— N-naprawdę? — wyrzekł.

— Tak jest, sir!

— No więc widzisz! — rzekła Mary.

Colin znów twarz ukrył w poduszki i leżał spokojnie, tylko łzy cicho płynęły, a ciałem wstrząsały czasami tłumione łkania, jakby ostatnie podmuchy wichru po burzy. Łzy były najlepszym znakiem, że przyszła ulga i ukojenie. Odwrócił się nagle i znów spojrzał na pielęgniarkę i — o dziwo! — wcale nie jak radża do niej przemówił:

— Czy myślisz, że mógłbym... żyć... i urosnąć? — spytał.

Pielęgniarka nie była ani sprytna, ani serdeczna, lecz odpowiedzieć mogła słowami lekarza londyńskiego:

— Pewnie, że panicz mógłby żyć, gdyby robił to, co mu każę, to znaczy, gdyby panował nad sobą i przebywał dużo na świeżym powietrzu.

Napad minął. Colin był teraz osłabiony i wyczerpany płaczem i może dlatego złagodniał. Wyciągnął trochę rękę ku Mary, a ponieważ — z radością powiedzieć muszę — i jej własna złość minęła, przeto na pół drogi rękę też wyciągnęła — i tak zgoda zapadła.

— Wyjdę... wyjdę z tobą, Mary — powiedział. — Nie będę już nie cierpiał świeżego powietrza, jeśli znajdziemy...