W chwilkę po wypowiedzeniu tych słów odłożył motykę i powstał. Przez kilka minut milczał, a tamci domyślili się, że układa sobie wykład, jak to zwykł był czynić. Gdy pochwycił motykę i stanął wyprostowany, zdawało się Mary i Dickowi, że opanowała go myśl nagła a silna. Wyprostował się w całej swej wysokości i radośnie rozpostarł ramiona. Twarz okryła się rumieńcem, źrenice rozszerzyły się radością. Nagle coś sobie w pełni uprzytomnił.
— Mary! Dicku! — wołał. — Spojrzyjcie na mnie!
Przestali pracować i spojrzeli.
— Pamiętacie wy ów pierwszy ranek, gdyście mnie tu przynieśli? — zapytał.
Dick bystro mu się przyglądał. Jako czarodziej zwierząt dostrzegł on więcej rzeczy niż wszyscy, a o wielu z nich nigdy nie mówił. Teraz dostrzegł to i owo w tym chłopcu.
— Pamiętamy, a jakże! — odparł.
Mary również przyglądała mu się bystro, ale nie odzywała się.
— W tej sekundzie właśnie sam sobie tę chwilę przypomniałem — rzekł Colin — jakem sobie spojrzał na rękę trzymającą motykę i musiałem powstać, żeby się upewnić, że to nie sen. A to wszystko prawda! Zdrów jestem! Zdrów!
— Oj, zdrów panicz, zdrów! — powtórzył Dick.
— Zdrów jestem! Zdrów! — znowu mówił Colin, a twarz całą pokrył mu rumieniec.