Przedtem już wiedział o tym do pewnego stopnia, miał nadzieję, czuł i myślał o tym, lecz w tej chwili coś stało się w nim, coś go dreszczem przejęło, jakby nagłe przekonanie i pewność, że musiał je wypowiedzieć.

— Będę żył zawsze! Zawsze! Zawsze! — zawołał wielkim głosem. — Odkryję tysiące, tysiące rzeczy. Odkryję prawdy różne o ludziach, zwierzętach i o wszystkim, co rośnie, jak Dick, a nigdy nie przestanę czynić czarów. Zdrów jestem! Zdrów jestem! Czuję, czuję potrzebę wołać, krzyczeć z dziękczynienia i szczęścia!

Ben Weatherstaff, pracujący w pobliżu przy krzaku róży, spojrzał na niego.

— Powinien panicz zaśpiewać Doksologię63 — zaproponował opryskliwie. Nie miał o tej pieśni właściwie żadnego zdania, propozycję zaś uczynił bez specjalnego poszanowania.

Lecz Colin miał umysł dociekający i o Doksologii nic nie wiedział.

— A co to takiego? — dopytywał.

— Dick to paniczowi na pewno zaśpiewa, ręczę za to — odparł Ben Weatherstaff.

Dick zaś odparł z swym wszystkowiedzącym uśmiechem czarodzieja:

— W kościele ją śpiewają — odparł. — Matka mówi, że wierzy w to, że skowronki ją śpiewają, gdy się rankiem ze snu budzą.

— Jeżeli ona to mówi, to ten śpiew musi być ładny — odparł Colin z przekonaniem. — Sam nigdy nie byłem w kościele. Byłem zawsze zbyt chory. Dicku, zaśpiewaj. Chciałbym ją usłyszeć.